X-Men: Ewolucja

Będą spoilery. Ale nie aż takie straszne.
X-Men: Ewolucja to drugi z animowanych seriali X-Men, w którym większość bohaterów to nastolatkowie, dopiero rozwijający swoje moce pod okiem kilku starszych mentorów. Ewolucję w swoim czasie puszczano w Polsce na Cartoon Network, nigdy nie wyemitowano jednak czwartego sezonu (a przynajmniej nie wtedy, kiedy jeszcze przyznawałem się do oglądania Cartoon Network… i kilka lat po tym). Wyobraźcie sobie moją radość z odkrycia, że Z woli firmy Marvel – niech pomysłodawcy tej inicjatywy słońce zawsze oświetla drogi życia – umieszczono wszystkie 4 sezony X-Men: Ewolucja na youtube, gdzie każdy może sobie je oglądać do woli. A ponieważ mentalnie wciąż mam 11 lat, postanowiłem nie tracić czasu i rozsiadłem się do seansu.

Wiecie, jakie to fajne uczucie, dokończyć po latach ulubioną kreskówkę? Niesamowicie fajne. Ciśnie się jednak na usta kilka uwag, część ogólnych (mimo wszystko patrzę na serial zupełnie inaczej, niż lata temu), część dotycząca tylko czwartego sezonu.

Ewolucja – niestety – nie ma tak wypasionego motywu przewodniego, jak pierwszy serial. Porównajcie to:


z intro do pierwszej kreskówki. I nie, nie umieszczę go tutaj. Każdy filmik z intro z youtube ma wyciętą ścieżkę dźwiękową, podziękowania należy słać do firmy WMG, która nie wyraziła zgody na jej wykorzystanie. Kij im w trąby.

– Dlaczego Wolverine nosi kask do jazdy na motocyklu, tego chyba nigdy nie zrozumiem. Zapewne po to, żeby sobie nie rozbił głowy, jeśli oczywiście nie zadziałają, hmm, SUPER ZDOLNOŚCI REGENERACYJNE.

– W przeciwieństwie do poprzedniego serialu, tu Gambit (w ekipie tych złych, należy wspomnieć, ale jak zawsze indywidualista) mówi ledwie-ledwie jak Cajun. Trochę to rozmyło urok postaci, szkoda. W ogóle nieamerykańskie akcenty są potworne, Pyro – Australijczyk – mówi jak jakaś parodia.

– Profesor X ma żonę z zamierzchłych czasów i, co gorsze, syna, z drewnianym szkockim akcentem. Wzmianka o potomku wywołuje potworne skojarzenia z animowaną postacią na wózku inwalidzkim, która się rozmnaża. Yyyyych.

Motyw dyskryminacji mutantów w Ewolucji – zawsze przeca ważny i obecny w X – Menach –  w 4 sezonie jest subtelny niczym walec parowy:

– Publika, jak to zwykle w X-Menach bywa, bardzo niechętnie reaguje na mutantów i zaczyna protestować m.in. przed instytutem Xaviera. Profesor, by uspokoić tłum (wiadomo, to pokojowo nastawiona osoba) …startuje z ekipą X-Jetem na odsiecz Spike’owi, który wdał się w mordobicie. W samym środku protestu. To na pewno wzbudzi zaufanie, szkoła pełna mutantów, z której środka nagle startuje mega-helikopter bojowy.

– Spike (który z powodu własnej głupoty wygląda jak krzyżówka nosorożca z jeżozwierzem i człowiekiem) postanawia olać dyskryminację i udać się na zakupy. Tam, najpierw wywołując kłótnię, jest świadkiem ataku na matkę z dzieckiem, które może być mutantem, więc, by ułatwić im ucieczkę… wywala wielką dziurę w ścianie. Potem rzuca garść moniaków za zakupy i wychodzi. Dzięki stary, na pewno pomoże w łataniu dziury. No i w budowaniu zaufania, to też ważne.

Nie mogę się także pozbyć wrażenia, że motyw przewodni czwartego sezonu – powrót Apokalipsa – jest traktowany po macoszemu. I to pomimo tego, że zapowiadał to sezon trzeci, a sam Apokalips wraca w grande finale sezonu. Ot, na początku spuszcza dokumentny łomot Magneto, a potem knuje sobie coś tam w tle. Twórcy przypominają sobie o nim dopiero w dwóch ostatnich odcinkach. A można to było zrobić tak fajnie, wielka walka, ostateczny cel treningu mutantów etc. A tu Wolverine prawie że na poczekaniu skrzykuje ekipę i mówi „dobra, musimy mu dać w czapę”. Sama wielka walka finałowa też jest potrzebna jak koszula w tyłku, bowiem X-Meni od początku mają możliwość zakończenia jej prawie że od razu – a robią to dopiero na koniec. (nie, nie będzie aż takiego spoilera)

Serial zostawia sobie miejsce na następny sezon, rozpoczyna kilka wątków (choćby wspomniana primogenitura prof. Xaviera) – psu na budę, piątego sezonu nima. Na sam koniec, w ramach narobienia okrutnego smaka, Profesor X opowiada o przyszłości, którą ujrzał dzięki Apokalipsowi – i kurna, wiele fajnego by się działo. Na pierwszy ogień miała iść Dark Phoenix Saga, znana z komiksów i pierwszej kreskówki.

Są dobre momenty, nawet jak na kreskówkę wycelowaną raczej w stronę dzieci. Oczywiście błyszczy Wolverine (każdy, kto go nie lubi, jest homoseksualistą, nie ja to ustalałem – takie są zasady). Logan dostał nowy kostium, czarny, znacznie lepiej wyglądający od pomarańczowego spandeksu z poprzednich sezonów. Sama finałowa walka w kilku miejscach globu jest świetna i trzyma w napięciu. Zaczyna i przewija się kilka wątków znanych z komiksów, takich jak chociażby Gambit i Rogue. W kontekście przeszłości Wolverine’a pojawia się Omega Red (należy wspomnieć, że zbiera dokumentny wpierdol od nastoletniej dziewczynki).

Koniec końców, chociaż kręciłem nochalem przez wszystkie 9 odcinków, nie mogłem się nie uśmiechnąć na koniec. Ewolucja nie wytrzymuje próby czasu tak dobrze, jak starszy od niej serial X-Men: The Animated Series, ale 11-latek we mnie jest kontent, że w końcu ujrzał, jak młodzi mutanci poradzili sobie z Apokalipsem.

I tyle. Każdy fan X-Men powinien obecnie złożyć ofiarę św. Xavierowi, patronowi filmów o mutantach, żeby nadchodząca produkcja nie okazała się kolejną katastrofą w stylu X-Men Origins: Wolverine. A w wolnej chwili – coby sobie umilić czekanie – można obejrzeć Ewolucję, bo to fajna kreskówka.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>