Jest tak: gdyby ktoś tu teraz przyszedł i powiedział, że jutro jest koncert Metallicy, są bilety – wstaję, pakuję się jedziemy. Ale w domu nie mam całej dyskografii, nawet ołtarzyka z napisem Metallica nie posiadam. Czyli lubię podziwiam.
Gdyby ktoś teraz przyszedł i powiedział, że jest koncert Lou Reeda – dokładnie j.w. Twórczość znam, szanuję, cenie, słucham.
A teraz czytam, że Lou przyszedł do Metallicy, powiedział, że ma teksty, chce z nimi nagrać płytę. O Jessuuuu. Go! Idźcie i nagrywajcie w pokoju, czekam, czekam, czekam.
Nadszedł dzień, kiedy włożyłem słuchawki na uszy i zacząłem słuchać.
Po kolei…
Płyta: 10 utworów, jak w przypadku Death Magnetic (będzie trochę porównań, w końcu to Metallica) niektóre cholernie długie. Pierwszy utwór, pierwsze słowa Lou na wokalu i zacząłem się śmiać. Myślę – good joke. Lubię chamskie dowcipy (pierwsze słowa są o urywaniu penisa i cycków), czasami są tak chamskie, że aż wstyd się śmiać, ale człowiek się śmieje zastanawiając się czy zaraz nie trafi go Gniew Boży. Nigdy nie trafił (mam nadzieję, że nie trafi). Ok. Pierwszy kawałek, słowa wyjęte z rynsztoka, który powstał po spłynięciu zawartości wszystkich rynsztoków świata. Utwór drugi – to samo. O co chodzi? Następne „żarty” w tym samym stylu już nie śmieszą, wołają o pomstę do nieba. Człowiek wyobraża sobie te słowa w głowie, stosy pourywanych genitaliów, cycków, flaki, „bezspermia”, urywane języki, krew… . No nieeee. I do tego jęczący Lou Reed. Ja nie wiem czego on się naczytał i na oglądał przygotowując teksty do tej płyty. Pewnie oglądał w kółko filmy Roba Zombie czytając na przemian „dzieła” Mastertona. I Bóg sam raczy wiedzieć co jeszcze. Słuchać się tego nie chce, człowiek ma ochotę zacząć wymiotować już podczas drugiego kawałka. Przemęczyłem do końca – taki dałem sobie cel.
Panie Lou, wracaj Pan do swoich klimatów, idź na leczenie, zrób cokolwiek, graj dalej, ale na bogów nie tak. Jeśli miałem ciężkie dzieciństwo – idź do psychologa, znajdź sobie przyjaciół, ale Panów z Metallicy zostaw.
Metallica.
Wow. Naprawdę wow, że to wytrzymali. Te wszystkie rzygowiny pana Reeda. Muzycznie – to jeden z dwóch plusów tej płyty. Muzyka to Metallica sama w sobie – muzyka, która gra, muzyka, którą słychać, która ściska w środku. Niestety całkowicie popsute to przez Reeda. Co jeszcze wartego do zauważenia? W porównaniu do Death Magnetic, która była dnem, jeśli chodzi o nagrywanie, Lulu jest nagrane bez przesterowania, tego się SŁUCHA. Dźwięk jest prawie idealnie czysty, zwarty, głęboki, słychać całe tło, które generują instrumenty – czego w Death Magnetic po prostu przez to przesterowanie nie było. To ogromny plus. Ale to dwa plusy na jeden ogromny minus, jakim są teksty i głos Reeda.
Gdyby 1 kawałek był żartem…
Ale nie był.
Jeśli ta płyta zostanie wydana w jakiejś super ekstra zajebistej wersji, gdzie druga płyta będzie miała wycięty wokal – kupuję i będę słuchał w kółko.
Jeśli ta płyta zostanie wydana ponownie z tekstami Metallicy i wokalem James – kupuję.
Ale to tylko, jeśli.
Tak to nie tykać. NIE TYKAĆ!!! Za prawdę powiadam NIE TYKAĆ!!!
Za jakość nagrania i muzykę Metallicy daję +1, dałbym więcej, ale wszystko to jest ubabrane w żałosny głos i żałosne do porzygania teksty Reeda.
1/5
Jedna dobra strona tego projektu: Metallica więcej na takie eksperymenty się nie zgodzi (mam taka nadzieję).
