No. Dosłownie. Praktycznie nic. No może tyle co przeczytałem kiedyś na wikipediach czy innych Internetach.
Mam swoich 3 ulubionych jazzmanów. No 4 – ten ostatni to Clint Eastwood, tak, Brudny Harry.
Nie pamiętam dokładnej daty kiedy zaczęła się fascynacja tą muzyką, ale na pewno mogę napisać, że jednym z niewątpliwych bodźców była audycja „Trzy kwadranse jazzu” Jana „Ptaszyna” Wróblewskiego w Trójce. Ale szukając wcześniej przypominam sobie młodsze wydania Kronik Filmowych, których oprawa dźwiękowa głównie opierała się na muzyce jazzowej. I to jakiej!
W każdym razie, od kilku/kilkunastu tygodni wydaje mi się, że jazz zaczął towarzyszyć mi dzień w dzień przy każdej możliwej okazji. Dzisiaj zastanawiałem się akurat mocno nad tym dlaczego, chociaż jedną rzecz stwierdziłem jakiś czas temu, że jazz mnie uspokaja, nie ważne jak byłby to „ostry mózgojeb” (tak, bo i takie się znajdują jazzy w jazzowej muzyce – w tej chwili słucham pierwszej części „Call it Everything” z winyla zawierającego fragmenty koncertu z Isle of Wight Festival (1970 r.) w wykonaniu mojego ulubionego trąb-grajka Milesa Davisa), milion dźwięków i pozakręcanych prawie skrillexo-dubstepowo nut, które mimo swej momentalnej toporności i wrażenia ich randomowego poukładania uspokajają. Myśli się nie kotłują tylko skupiają swoją uwagę na trąbce, perkusji, klawiszach… . To wszystko sprawia, że na chwilę staję się porządek. Na chwilę jest spokojnie i nic poza tymi nutami nie istnieje. Ten cały chaos na zewnątrz na chwilę jest poukładany i wszystko jest na swoim miejscu.
Dziwne.
Dziwi mnie to, że jest tyle gatunków muzyki, której słucham – a Ci co mnie znają na pewno się pod tym podpiszą – na tyle tego wszystkiego jest tylko jeden gatunek, który jest mnie w stanie uspokoić i doprowadzić do pewnego błogostanu, prawie, że narkotycznego, który nie chcę, żeby się skończył.
Jeden gatunek. Tylko jeden: jazz.
Więc na koniec tego krótkiego czegoś polecę w kolejności przeze mnie na razie wypracowanej:
- Miles Davis
- John Coltrane
- Dave Brubeck
- Clint Eastwood
Chociaż wiem, że ta lista będzie wydłużać z czasem. To tych polecam.
A coś lżejszego i może nawet warto co niektórym zacząć od tego to:
Chris Botti.
